6 maj 2012

Back home.

Wczoraj wróciłam ze szpitala, ale nie miałam siły, żeby cokolwiek napisać, więc dziś rekompensuję ;)


Bo....


...chciałam nieco napisać o samym zabiegu wycinania gradówki, ale nie dlatego, żeby "pokazać" przez co przeszłam, tylko dlatego, że ktoś, kogo czeka taki zabieg, może szukać informacji na ten temat na Internecie (tak jak ja szukałam) i trafić właśnie na mój blog, w którym dowie się, jak to wszystko wygląda. Jak już wspomniałam przed chwilą, przed zabiegiem szukałam informacji na temat jego przebiegu (itd.) i, przepraszam jeśli ktoś poczuje się urażony, nie znalazłam ŻADNEJ odpowiedzi, w której byłyby uwzględnione wszystkie aspekty czy znalazłyby się konkretne odpowiedzi, które pomogłyby rozwiać wątpliwości. A nawet niektóre były niezrozumiałe. Dlatego poniżej wyjaśnię jak (w moim przypadku) to wyglądało:


Miałam gradówkę w dolnej powiece, od strony wewnętrznej (podkreślam od której, bo to bardzo istotny szczegół). Najpierw poszłam do swojego lekarza okulisty, wyjaśniłam, że zdecydowałam się na zabieg, a on zbadał czy gradówka wymaga usunięcia. Stwierdził, że usunięcie jest konieczne i wypisał mi skierowanie do szpitala na zabieg. Kazał tam zadzwonić i ustalić termin zabiegu. Pani, z którą ustalałam termin, powiedziała, że przychodząc do szpitala na (ustalony już) zabieg, muszę przynieść oczywiście dowód osobisty i skierowanie, zaświadczenie o ubezpieczeniu (dzięki takiemu zaświadczeniu, zabieg jest bezpłatny), zaświadczenie o szczepieniu przeciwko żółtaczce (po które trzeba się udać do lekarza rodzinnego) i  piżamę (bo po takim zabiegu należy zostać na noc w szpitalu). Chyba nic nie pominęłam.
Kiedy już udałam się do szpitala, musiałam udać się na izbę przyjęć i dalej już personel szpitala kierował mnie po kolei tam gdzie trzeba. Pobrali mi krew, zadali masę pytań, zmierzyli ciśnienie (dziwnym trafem w domu jest zawsze bardzo niskie, a w szpitalu czy w krwiodawstwie idealne :D), a potem wskazali mi salę, w której miałam zostać i czekałam. Potem dostałam zastrzyk "zobojętniający", znów musiałam poczekać, potem jeszcze kilka badań, a następnie pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali zabiegowej. Tam przygotowała mnie do zabiegu. Potem, niestety, było piekło. Naprawdę.. Nie mówię tego po to, by kogoś przerazić, ale po to, by przygotował się, że to będzie najbardziej nieprzyjemne 15 minut w życiu... Lekarz wywinął mi powiekę (sprzętem do tego służącym), ponieważ - jak już wspomniałam - gradówka była od strony wewnętrznej, po czym zacisnął i naciągnął ją. Następnie wbił w powiekę igłę ze znieczuleniem. Potem czułam nacinanie, szczypanie, ucisk, szarpanie.. Niestety czułam wszystko (jedynie nie widziałam tego, bo musiałam tym okiem patrzeć w górę przez cały zabieg, co - szczerze mówiąc - było trudne). Kiedy już wreszcie skończył, założył opatrunek i kazał mocno przyciskać powiekę, żeby nie zrobił się krwiak (ponieważ powieki od wewnętrznej strony, się nie szyje). Niestety to przyciskanie sprawiało mi cholerny ból i po zabiegu czułam się strasznie.. Musiałam kilka razy prosić pielęgniarki o zmianę opatrunku i przemycie oka, bo z racji braku szwów, z rany wypływało dużo krwi. Potem już ból stawał się słabszy. W dniu następnym był już dużo słabszy, więc dało się go znieść. Teraz jeszcze boli, ale też da się to znieść. Dostałam maść z antybiotykiem i muszę 3 razy dziennie aplikować go na ranę i robić opatrunek, niestety z makijażu muszę zrezygnować, aż oko się całkowicie zagoi (jak ja to przeżyję?! :D). I za 10 dni muszę udać się do kontroli do swojego lekarza okulisty (bo on przeprowadzał mój zabieg). To tyle jeśli chodzi o cały zabieg. Mam nadzieję, że to, co napisałam, kiedyś się komuś przyda ;) Mam również nadzieję, że nikogo nie zniechęcę (chciałam być dokładna w opisie i przede wszystkim szczera), bo naprawdę warto tyle wycierpieć, żeby mieć spokój. W końcu taki guz (zwłaszcza dużych rozmiarów) jest nie tylko uciążliwy i czasem sprawia ból, ale zniekształca powiekę, przez co można mieć kompleksy.


No.. to ja idę sobie odpocząć.. ;)
Take care!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz